Są takie gry, które zostają z nami na zawsze. Nie przez grafikę, nie przez technologię, ale przez ten klimat - tę magię, która sprawiała, że po szkole biegłeś do domu, by „tylko na chwilę” (mamo, mogę na komputer?) usiąść do kompa. Mija 20 lat, a Ty dalej pamiętasz każdy dialog, każdy dźwięk, każdą pikselową twarz. To tytuły, które nie starzeją się, bo żyją w pamięci graczy. Oto pięć gier fantasy, do których wracamy, nawet gdy czas... czas nam umyka.
Zanim nastały czasy mikrotransakcji i automatyzacji, były Settlersi. Gra, która potrafiła wciągnąć na godziny, mimo że przez połowę czasu tylko patrzyłeś, jak Twoi mali osadnicy noszą drewno. To było coś niezwykłego - harmonia między strategiami a spokojnym, wręcz terapeutycznym budowaniem świata. Każda kopalnia, każde zbadanie ciemnego punktu na mapie - miało sens. I kiedy w końcu w twoich oddziałach każdy maleńki kwadracik został wypełniony (oznaczało to, że oddział jest pełny - komu ja to tłumaczę...) myślałeś "kurła, dużo ich... czas na szturm".
Dzisiejsze rebooty próbują wskrzesić magię "Settlersów", ale ta oryginalna iskra gdzieś się zagubiła. Bo "Settlers" to nie tylko strategia - to zen w formie gry, lekcja cierpliwości i planowania. Idealna na starość, z kubkiem herbaty i spokojem ducha.
Jestem pewny, że teraz pomyślałeś "Aaaaa no tak! To ta część!". Tak, pamiętasz Pielgrzyma z bombą, która mogła odkryć kopalnie gliny... to ta część gdzie goniliśmy za tym skubańcem w mrocznej zbroi, gdzie pora roku, zima miała znaczenie. W zimę można było przejść zamarznięte jezioro, w lato trzeba było zbierać wojsko, dobrze to zaplanuj!
Niektórzy nazywają tę grę „Biblią RPG”. I trudno się z tym nie zgodzić. "Baldur’s Gate II: Cienie Amn" to gra, która nauczyła nas działać z aktywną pauzą, planować każdy zaklęcie i rozmawiać z towarzyszami jak z przyjaciółmi. To tutaj Minsc krzyczał: „Go for the eyes, Boo!” i nikt nie miał pojęcia, dlaczego ten gość gada z chomikiem - ale każdy go kochał. To tutaj fabuła miała tyle wątków, że dziś pewnie dostałaby trzy sezony na Netfliksie.
Zapomniane Krainy w wykonaniu BioWare’u tętniły życiem, a każdy dialog był jak fragment opowieści przy ognisku. "Baldur’s Gate II" nie potrzebował wodotrysków. Potrzebował serca - i miał go więcej niż większość dzisiejszych RPG-ów razem wziętych.
Pieprzone kanały, potem wreszcie wyjście z nich i pytanie "gdzie teraz?". Godziny spędzone na księgach, na poznawaniu każdej historii... Powiem ci jedno, weź ty lepiej "Przed wyruszeniem w drogę zbierz drużynę".
Nie było LAN-party bez "Heroesów III". Ten moment, gdy na ekranie pojawiało się logo 3DO, a muzyka z ekranu głównego grała niczym hymn naszej młodości. Gra, która nie miała prawa się zestarzeć - i nie zestarzała się wcale. Zamki pełne zielonych smoków, rycerzy, nekromantów i szkieletów. Każda tura mogła trwać godzinę, a każdy ruch - wywoływać kłótnie między przyjaciółmi. I zawsze był ten jeden kolega, który odkładał atak o „jeszcze jedną turę”... "a wrócę się jeszcze, tydzień właśnie minął"
Dziś pojawiają się projekty próbujące wskrzesić ten duch, jak "Olden Era" - tytuł inspirowany klasyką, który obiecuje powrót do magii trójki. Niestety, jak to często bywa, z obietnic wychodzi… smok z papieru. Bo "Heroes III" to nie mechanika - to dusza. I tej się nie da skopiować. Graliśmy w "nową trójkę", sprawdź: Spadkobierca HoMM 3? Nic Na To Nie Wskazuje! "Heroes Of Might And Magic: Olden Era" [DEMO]
Zawsze ten obiad, który dopiero co mama ugotowała i na kompa! Mapa? Jak największa! Gdzie startujemy? Po dwóch przeciwnych kątach mapy! Nie było obiadu? Surowa parówka z bułką i ketchupem. Nie wiem jak wam, ale mi zabawę zawsze psuło posiadanie więcej bohaterów niż jeden... zero w tym taktyki, ale zabawa była najważniejsza.
Bracie, jeśli to czytasz to wiedz, że jeszcze się w tej grze spotkamy! Pamiętaj, Ty frakcja Śmierć z bohaterem Sandro, a ja biorę BAAAARBAAARZYNÓWWW!