RPG
Fantasy
BioWare
Niezbadane Krainy
Recenzja
Nie jest tajemnicą, że mam słabość do gier RPG. Zwłaszcza tych z domieszką taktyki - aktywna pauza, planowanie działań całej drużyny, świadome podejmowanie decyzji w trakcie walki. Gdy tylko trafiam na tytuł oferujący podobne mechaniki, moje serce bije szybciej. Jeśli dorzucimy do tego wciągającą fabułę, rozbudowany świat i dobrze napisane postacie - jestem kupiony.
Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o grze, która nie tylko spełnia wszystkie powyższe kryteria, ale też na stałe odcisnęła się w mojej pamięci. Mowa o "Dragon Age: Początek" - tytule, który dał początek jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii RPG, ale też (niestety) serii, która z każdą kolejną odsłoną zdawała się coraz bardziej tracić swój pierwotny urok. Czy będzie kolejna część po najnowszej, słabo ocenianej "Straży Zasłony"? Tego nie wiem. Ale jedno wiem na pewno - „Początek” zasługuje na osobne miejsce w moim dzienniku gracza.
Kiedyś dostałem od brata konsolę PS3 wraz z kilkoma grami. Jedną z nich był właśnie Dragon Age: Początek. Nie byłem wtedy jeszcze nawet pełnoletni, ale już wtedy miałem za sobą dziesiątki godzin spędzonych z takimi klasykami jak Gothic czy Neverwinter Nights. Gdy tylko zobaczyłem napis "RPG" na pudełku – wiedziałem, że muszę to sprawdzić.
Zabawna historia: wersja, którą dostałem, zawierała dodatek "The Stone Prisoner", ale z powodu mojej ówczesnej ignorancji – po prostu go przeoczyłem. Skupiłem się na podstawowej wersji gry. Na szczęście kilka lat później poznałem dodatki, choć nigdy nie przeszedłem gry z nimi wszystkimi od początku do końca. Może kiedyś?
Odpaliłem grę i pierwsze, co mnie zachwyciło, to kreator postaci. Byłem w stanie spędzić w nim godziny. Tworzyłem siebie. Moją ówczesną dziewczynę. Geralta. Bezimiennego. Tworzyłem, bo mogłem, bo kreator był potężny, pierwszy raz się z takim spotkałem. Teraz? Teraz takimi kreatorami gardzę, nienawidzę tworzyć wyglądu od zera, ale wtedy byłem zachwycony. Kombinowałem tak długo, aż w końcu powstał, ktoś z kim poczułem więź – Aedan Cousland. Imię zaproponowane przez grę, ale tak silnie zapisało się w mojej pamięci, że do dziś używam go w innych grach. To właśnie Aedan ukończył Dragon Age: Początek. I wiem dokładnie, jak jego historia się skończyła, być może właśnie dlatego... właśnie ciebie, Aedanie, pamiętam tak dobrze...
W Dragon Age: Początek każda postać może mieć inne tło fabularne, w zależności od wybranej rasy i klasy. Można być krasnoludem królewskiego rodu, który zostaje wygnany przez pałacowy spisek. Można być elfem żyjącym w lesie lub w getcie miejskim. Można być człowiekiem – magiem albo szlachcicem. Ja byłem tym drugim – członkiem rodu Couslandów.
Mój początek? Zdrada. Przyjaciel rodu zdradził nas, zabił moją rodzinę i przejął zamek. Musiałem uciekać. Zostałem zrekrutowany przez Szarego Strażnika i udałem się do Ostagaru. Tam właśnie spotykają się wszystkie ścieżki początkowe i zaczyna się wspólna historia – walka z plagą pomiotów.
To, co mnie ujęło od samego początku, to fakt, że każdy wybór miał znaczenie. Kiedy spotykałem zabójcę mojej rodziny – dla mnie to było osobiste. Dla krasnoluda byłby to tylko polityk. Ale kiedy krasnolud wracał do Orzammaru – to z kolei jego historia stawała się najważniejsza. Ta zmienność, ta różnorodność rozgrywki była powalająca. To właśnie dlatego te częste "nowe gry" w Dragon Age: Początek, mnie nie nużyły, bo...
Nie ukrywam – do gry podchodziłem wielokrotnie. Jeśli mój mag nie magował tak, jak chciałem, albo łotrzyk nie spełniał moich oczekiwań – restart. Dopiero po kilku podejściach stworzyłem postać, która naprawdę mi pasowała. Tak mam do dziś w każdym tego typu tytule. Dragon Age to gra, która daje ogrom możliwości – ale też nie wybacza błędów koncepcyjnych. Dla takiego perfekcjonisty jak ja to błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie.
Mimo że minęło wiele lat, nadal myślę o powrocie do Fereldenu. To uniwersum jest niesamowicie bogate. Każdy wpis w kodeksie czytałem z wypiekami na twarzy – historia cesarstwa Orlais, które kiedyś najechało Ferelden; legenda Szarych Strażników; opowieści o magii, religii, pradawnych bogach i nieśmiertelnych demonach. To wszystko budowało klimat gry, który do dziś pozostaje niedościgniony. Jako stary fantasta, po prostu uwielbiam poznawać historię światów w których spędzam czas. Tak naprawdę w Dragon Age: Początek, w Kodeksie spędziłem dużą liczbę godzin, przez co moja podróż po tym świecie się niesamowicie wydłużyła!
Jednym z największych atutów gry jest drużyna. Każdy towarzysz miał swoją historię. Leliana – pobożna, nieco zbyt świętoszkowata (cholera, ale nie przepadałem za nią). Alistair – melancholijny, z ogromnym sercem. Morrigan – tajemnicza i pełna sprzeczności. I Sten – milczący olbrzym z ogromnym dwuręcznym mieczem, który mimo wszystko znalazł miejsce w mojej drużynie. Choć Aedan sam był tego typu wojownikiem, to nie mogłem go zostawić.
No i dubbing! W postać Stena wcielił się sam Piotr Fronczewski. Tak, ten sam, którego głos kojarzy każdy fan Baldur’s Gate. Ale nie tylko on – cała polska wersja językowa Dragon Age: Początek to absolutne arcydzieło. Głosy postaci niosły emocje. Czuć było smutek, gniew, wątpliwości. To nie były tylko kwestie dialogowe – to była gra aktorska najwyższej próby.
Historia w Dragon Age: Początek jest mroczna. Rozgrywa się podczas Plagi – czasów, gdy mroczne pomioty wychodzą na powierzchnię. Szarzy Strażnicy, zapomniany przez wielu zakon wojowników, jako jedyni mogą się im przeciwstawić – dzięki rytuałowi dołączenia są odporni na truciznę pomiotów. Ale płacą za to wysoką cenę. Każdy z nich z czasem zatraca się w ciemności. Gdy zbliża się jego koniec – schodzi samotnie na Głebokie Ścieżki, by tam umrzeć, zabierając ze sobą jak najwięcej potworów.
Czy to nie jest legendarna historia? A to tylko jedna z wielu! Specjalnie użyłem paru nazw bez rozwinięcia czym one są, by ci z Was, którzy jeszcze sami nie poznali tej historii, mogli mimo wszystko odkryć ją w pełni sami, a ci którzy już znają... ryczycie prawda?
Beznadziejna walka z potworami, które widzą sens tylko w zabijaniu. Beznadziejna również z tego względu, bo nikt Tobie nie wierzy, że to prawdziwa plaga. Widzisz zdrady na własne oczy, widzisz śmierć z rąk potworów, postaci, które Cię uratowały, widzisz strach ludzi przed pomiotami...
...no ale nie samymi pomiotami bohater żyje. Dragon Age to gra o wyborach. Czy zniszczysz wilkołaki, które sieją grozę, ale powstały przez błąd starszego elfa? Czy ich ocalisz i ukarzesz tego, kto ich nieumyślnie stworzył? Kogo poprzesz w walce o tron krasnoludzkiego królestwa? Każda decyzja ma wpływ na przyszłość świata – i na to, kto stanie u Twego boku, gdy będziesz kogoś potrzebował! A uwierz mi, będziesz kogoś potrzebował....
To gra o poświęceniu, polityce, religii, nienawiści, ale i nadziei. O niemożliwej walce garstki ludzi przeciwko bezkresnej fali ciemności. O tym, że nawet największy bohater nie ocali świata sam – potrzebuje sojuszników. Czasem tych, których wcale nie darzy sympatią.
Soundtrack gry to osobny temat. Podczas bitwy w Ostagarze – jednej z pierwszych scen – czułem ciarki. Muzyka, widok armii, napięcie w powietrzu. Potem... tragedia. To jedna z tych gier, które potrafią wzruszyć. Sprawić, że chcesz wyć z rozpaczy, bo coś poszło nie tak. Bo świat nie jest sprawiedliwy. Bo ci, których uważałeś już za rodzinę, umierają... Bo legendarni bohaterowie wojenni dopuszczają się zdrady.
Problem w tym, że każda taka sytuacja ma drugie dno i dopiero po czasie dochodzi do ciebie "czemu on to zrobił?". Może zdradził, bo chciał ratować swój lud. Może wezwał demona, bo był dręczony i zniewolony, przez tych którzy mają władzę. W takich sytuacjach pojawiasz się Ty, i musisz podjąć decyzję... podejmij ją zgodnie z sercem.
Dragon Age: Początek to dla mnie gra-legenda. Gra, która wyznaczyła standardy. Gra, do której wracam w myślach. I gra, którą jeszcze kiedyś na pewno odpalę – z dodatkami, ze znajomością całej historii, z nowym bohaterem. A może znów będzie to Aedan? Kurcze... chyba będzie to Aedan.
Seria Dragon Age zmierza w niepewnym kierunku. Ale nawet jeśli nigdy nie odzyska dawnej świetności – dla mnie jej początek był wyjątkowy. I zawsze taki pozostanie.
Idealne połączenie taktyki z aktywną pauzą i świadomego planowania walki. Każde starcie to mała partia szachów, która daje masę satysfakcji.
Postacie z krwi i kości, z którymi buduje się autentyczne więzi i o których losy naprawdę się drży. Relacje w drużynie to absolutny fundament tej opowieści.
Polska wersja językowa z Piotrem Fronczewskim to majstersztyk, który nadaje grze niesamowitej głębi. Klimatyczny soundtrack - może z reguły nie jest wybitny, ale ma parę dźwięków, które się zapamiętuje na zawsze.
Ferelden to brutalne i bogate uniwersum, w którym każdy wpis w Kodeksie chłonie się z wypiekami na twarzy. Historia magii, religii i mrocznych pomiotów tworzy spójną, mroczną całość.
System różnych początków to genialne rozwiązanie, które sprawia, że każda rasa ma inną motywację i osobisty stosunek do wydarzeń. To sprawia, że gra za każdym razem smakuje inaczej.
Wymagający system RPG, który nie wybacza błędów w rozwoju postaci, ale wynagradza cierpliwość. Rozbudowany kreator pozwala stworzyć bohatera, z którym można się w pełni utożsamić.
To tytuł, który potrafi przykuć do ekranu na setki godzin i sprawia, że po zakończeniu czuje się pustkę. Chęć sprawdzenia "co by było, gdybym wybrał inaczej" jest tu silniejsza niż w jakimkolwiek innym RPG.
Absolutna legenda gatunku, która wyznaczyła standardy dla nowoczesnych gier fabularnych. Tytuł, który mimo upływu lat pozostaje wzorem do naśladowania pod względem narracji.
Dla mnie to coś więcej niż gra – to osobista historia, która na stałe zapisała się w moim dzienniku gracza. Czuję do tego tytułu ogromny sentyment i niezmiennie uważam go za arcydzieło.
W świecie, w którym kolejne serie gier często tracą swoją tożsamość, "Początek" pozostaje nienaruszonym pomnikiem czasów, gdy to głębia historii i prawdziwy ciężar wyborów gracza stanowiły serce każdej wielkiej przygody.
KLIKNIJ OBRAZ 👆
KLIKNIJ OBRAZ 👆
KLIKNIJ OBRAZ 👆