Książki
Postapo
Sci-Fi
Niezbadane Krainy
Recenzja
„Kantyczka dla Leibowitza” Waltera M. Millera to jedna z tych książek, które po przeczytaniu zostawiają człowieka z wielkim znakiem zapytania nad głową i lekką egzystencjalną depresją. To nie jest typowe sci-fi z laserami i kosmitami. To raczej rozciągnięta na tysiące lat kronika ludzkiej głupoty, zapakowana w habit mnicha i ukryta w pustynnym klasztorze. Jeśli podczas lektury czułeś zagubienie, to spokojnie - ta książka właśnie taka ma być: gęsta, dziwna i momentami absurdalna.
Fabuła podzielona jest na trzy akty, które dzielą setki lat. Wszystko zaczyna się po „Potopie Płomiennym” (czyli wojnie nuklearnej), który cofnął ludzkość do poziomu średniowiecza. Głównym bohaterem pierwszej części jest brat Franciszek, który znajduje schron po tytułowym Leibowitzu. Problem w tym, że dla tych ludzi schemat obwodu elektrycznego czy lista zakupów to święte relikwie, których kompletnie nie rozumieją, ale przepisują je z nabożną czcią. To genialny, choć groteskowy obraz tego, jak nauka staje się nową religią, gdy zapominamy, do czego służyła.
Najmocniejszym (i najbardziej frustrującym) elementem książki jest jej cykliczność. Widzimy, jak ludzkość mozolnie odbudowuje się z gruzów, wychodzi z mroków niewiedzy, wynajduje żarówkę, potem radio, a na końcu... znowu buduje bomby atomowe. Miller nie bierze jeńców - pokazuje, że historia to koło, które kręci się w kółko, a my, mimo posiadania wiedzy i wiary, popełniamy dokładnie te same błędy. Kościół w tej powieści pełni rolę „twardego dysku”, który przechowuje dane, ale nie ma wpływu na to, czy użytkownik (ludzkość) znowu nie zainstaluje sobie wirusa totalnej zagłady.
„Kantyczka dla Leibowitza” to lektura ciężka, pełna filozoficznych rozważań o starciu nauki z wiarą i etyce postępu. Może i trudno przez nią przebrnąć bez słownika łaciny pod ręką, ale gdy już poskłada się te wszystkie kawałki w całość, wyłania się z nich przerażająco aktualny obraz. To książka o tym, że wiedza bez mądrości jest tylko przepisem na kolejny koniec świata. Nie jest to lektura „dla fanu”, ale zdecydowanie zostaje w pamięci - nawet jeśli przez połowę czasu nie wiesz, dlaczego ci mnisi tak bardzo ekscytują się niebieską odbitką starego projektu.
Koncept trzech epok jest genialny, ale samo tempo pozostawia sporo do życzenia. Akcja momentami płynie jak smoła, a przeskoki czasowe sprawiają, że trudno utrzymać ciągłość zainteresowania.
Postaci są tu raczej symbolami pewnych postaw niż ludźmi, z którymi można się utożsamić. Zanim zdążysz kogoś polubić, mijają setki lat i gość staje się tylko wspomnieniem w klasztornej kronice.
Wszystko jest tu bardzo chłodne i intelektualne. Zamiast ludzkich odruchów mamy teologiczne debaty i dylematy moralne – ciekawe, ale emocjonalnie angażuje to mniej więcej tak, jak czytanie instrukcji obsługi pralki.
Miller pisał świetnie, z ogromnym rozmachem i dbałością o detale. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nadmiar łaciny i archaizmów potrafi skutecznie wybić z rytmu każdego czytelnika.
Postapokalipsa w wydaniu klasztornym to absolutny unikat. Pomysł, by mnisi chronili stare schematy techniczne jako święte relikwie, to jeden z najoryginalniejszych motywów jakie znam.
Czuć ten pył, duszność cel i beznadziejność świata, który nieuchronnie dąży do kolejnego wybuchu.
Tu jest najtrudniej. Książka wymaga ogromnego skupienia i cierpliwości. To nie jest pozycja, którą „pożera się” w jeden wieczór – to raczej mozolna wspinaczka pod górę.
Doceniam głębię i przesłanie, ale po zamknięciu książki czułem bardziej ulgę, że to już koniec, niż smutek, że historia dobiegła końca.
Solidna, mądra rzecz, którą warto znać, ale bawić się przy niej bawiłem średnio. To lektura dla tych, którzy lubią literacki „hardcore”.
„Kantyczka dla Leibowitza” to literacki odpowiednik wejścia na Mount Everest - widoki z góry są imponujące i dają do myślenia, ale sama wspinaczka to ból, pot i brak tchu. Miller stworzył dzieło wybitne intelektualnie, które jednak kompletnie nie dba o komfort czytelnika. Jeśli szukasz lekkiej rozrywki, omijaj tę pustynię szerokim łukiem. Jeśli jednak chcesz poczuć ciężar ludzkiej historii i zastanowić się, dlaczego jako gatunek tak bardzo lubimy przycisk „autodestrukcja” - przygotuj się na ciężką przeprawę.