HBO
Fantasy
Gra O Tron
Niezbadane Krainy
Recenzja
Choroba bywa przewrotna, ale czasem staje się idealną wymówką, by zaszyć się pod kołdrą i przenieść do innego świata. Właśnie w takich okolicznościach przyszło mi obejrzeć pierwszy odcinek „Rycerza Siedmiu Królestw” i muszę przyznać, że te 45 minut seansu było dokładnie tym, czego potrzebowałem. Choć obraz oferuje nam ten specyficzny, ponury, a momentami urokliwie kolorowy krajobraz Westeros, który doskonale pamiętamy z „Gry o Tron” czy „Rodu Smoka”, to na warstwie wizualnej podobieństwa właściwie się kończą.
Zgodnie z zapowiedziami, nowy prequel to nie mroczny dramat polityczny, lecz ciepła i niezwykle sympatyczna komedia średniowieczna, która wnosi do tego uniwersum niespotykaną dotąd lekkość.
Główny bohater, Duncan, to postać, którą polubiłem od pierwszej sceny. Jest on ucieleśnieniem rycerskich ideałów, dla którego honor i kodeks są wartościami nadrzędnymi, co widać niemal w każdym jego geście. Jednocześnie Duncan to swoisty „olbrzym o sercu dziecka” - jest uroczo fajtłapowaty i ufny, co budzi w widzu instynktowną sympatię, ale też obawę, że świat jeszcze nieraz go boleśnie zrani.
W pierwszym odcinku serial nie boi się pokazywać jego życia w pełnym, surowym kontakcie z naturą. Duncan sypia pod gołym niebem i myje się w strumieniach, a twórcy pokusili się nawet o dość dosłowną scenę fizjologiczną na początku odcinka, która choć przez chwilę mnie przeraziła swoją surowością, ostatecznie okazała się tylko jednorazowym akcentem podkreślającym przyziemny charakter tej opowieści, choć umówmy się... nie chcę już tego nigdy więcej widzieć.
Ogromne brawa należą się castingowcom, ponieważ aktor wcielający się w Duncana (Peter Claffey)
pasuje do tej roli idealnie i natychmiastowo zjednuje sobie widza. Podobnie jest z Jajem (Dexter Sol Ansell)
- jego giermkiem. Mimo że w pierwszym odcinku nie było go zbyt wiele i dopiero zaczynamy go poznawać, ich relacja już teraz zapowiada się na fundament całego serialu. Całość zapowiada się na niezwykle autentyczną i skromną historię o dorastaniu do bycia rycerzem, o popełnianiu błędów i ciągłym decydowaniu, po której stronie moralności chce się stać. Czuć, że przed nami serial, w którym bohaterowie nieraz będą dostawać po gębie, Duncanowi niedługo pewnie jakiś okoliczny złodziejaszek zwędzi "ostatnie gacie", gdy ten będzie zażywał kąpieli w pobliskim potoku, a my będziemy to śledzić z uśmiechem na ustach, bo klimatu Westeros i tej dwójki bohaterów po prostu nie da się nie lubić.
Największą siłą tej produkcji wydaje się być jej niesamowita kameralność, która stanowi genialną odtrutkę na epicki rozmach poprzednich serii. Tutaj stawką nie są losy całego królestwa ani przetrwanie ataku smoków, lecz przetrwanie kolejnego dnia na szlaku i zachowanie godności w świecie, który z rycerskości często już tylko kpi. Ta zmiana perspektywy sprawia, że Westeros staje się bardziej namacalne - niemal czuć zapach dymu z ogniska i czy zapach potu i alkoholu podczas tańców-hulańców w namiocie Baratheona.
Widać, że twórcy postawili na klimat „kina drogi”, gdzie najważniejsza jest budująca się więź między rycerzem a giermkiem, a każda napotkana karczma czy drobny zatarg z miejscowymi ważą więcej niż wielkie bitwy o Żelazny Tron. To sprawia, że „Rycerz Siedmiu Królestw” ma szansę stać się najbardziej ludzką i osobistą opowieścią w całym tym uniwersum, na którą po tych wszystkich latach krwawej polityki po prostu zasłużyliśmy. Pierwszy odcinek to tylko wstęp, który ja kupuje! A! I krótsze odcinki również dają takiej lekkości serialowi, więc nie uznaje tego za minus!
Akcja rozkręca się niespiesznie, ale to celowy zabieg. Pierwszy odcinek to klasyczne wprowadzenie do „kina drogi” - bez zbędnego pośpiechu, za to z dbałością o detale, które budują fundament pod dalszą podróż. Krótszy metraż sprawia, że nie ma mowy o nudzie.
Duncan to strzał w dziesiątkę - idealne połączenie rycerskiego honoru z fajtłapowatością. Jajo na razie w cieniu, ale czuć potencjał. To postacie z krwi i kości, a nie papierowe figury z dworskich kronik.
W pierwszym odcinku jeszcze nie widzimy relacji i emocji między Duncanem, a Jajem w pełnym wymiarze, to sama końcówka już może złapać za serce
Wizualnie to stare, dobre Westeros, ale w bardziej sielskim, naturalnym wydaniu. Zdjęcia oddają surowość życia na szlaku, a muzyka dobrze podkreśla przygodowy klimat, nie próbując na siłę udawać epickości „Gry o Tron”.
Namacalne, brudne i żywe królestwo. Zamiast smoków mamy zapach dymu z ogniska i potu w namiotach. Westeros w tej skali jest niezwykle przekonujące i po prostu ludzkie.
Odcinek mija błyskawicznie (te 45 minut to idealny czas!), a po seansie od razu chce się sprawdzić, co spotka Dunka za kolejnym zakrętem. To serial, w który po prostu chce się „wejść”.
Bardzo udany start nowej marki. To nie jest rewolucja, która wywraca świat fantasy do góry nogami, ale solidna, rzemieślnicza robota, która daje widzowi mnóstwo frajdy i zasłużoną odtrutkę na ciężką politykę.
Pierwszy odcinek to fantastyczny powrót do Westeros, który udowadnia, że mniejsza skala i ludzkie emocje potrafią wciągnąć bardziej niż największe smoki.
Pytasz Co Sobie Dzisiaj Obejrzeć? Sprawdź Nasz REKOMENDATOR FILMÓW
KLIKNIJ OBRAZ 👆
KLIKNIJ OBRAZ 👆
KLIKNIJ OBRAZ 👆