No i pytanie, które mnie gryzie najbardziej: jak to się stało, że Henry i ten facet znaleźli się razem w tym samym miejscu i czasie? Przypadek? Przeznaczenie? Eksperyment? A może Henry wcale nie był pierwszym, tylko kolejnym elementem dużo starszego planu?
Ten wątek aż prosił się o rozwinięcie. O cofnięcie się do samych początków. O pokazanie pierwszego kontaktu z Drugą Stroną, pierwszej osoby, która ją odkryła, pierwszego momentu, w którym Łupieżca Umysłu zaczął realnie wpływać na nasz świat. Bez tego wszystko, co dzieje się później, traci na wadze. Bo zamiast poczucia pełnego domknięcia zostajemy z wrażeniem, że ktoś wyrwał najważniejsze strony z książki i kazał nam je sobie dopowiedzieć.
"Bezpieczne" Zakończenie
I nie jestem w tym odosobniona. W fandomie aż huczy. Jedni bronią finału, bo „emocje”, bo „pożegnanie bohaterów”, bo „tak musiało być”. Inni - i jest ich naprawdę wielu - czują dokładnie to samo co ja: niedosyt, zmarnowany potencjał i poczucie, że twórcy w najważniejszym momencie wybrali bezpieczną drogę zamiast pójść w głąb własnego świata. To nie jest zły finał.