Gry
Fantasy
RPG
Niezbadane Krainy
Publicystyka
Wracasz po ciężkim dniu do domu, odpalasz nowoczesną konsolę albo potężnego PC. Na dysku czeka najnowszy hit RPG - gra, nad którą setki ludzi pracowały przez pięć lat. Witasz się z menu, a potem... zaczyna się koszmar współczesności. Przez pierwsze dwie godziny gra bombarduje cię samouczkami. Musisz zarządzać trzema rodzajami walut, drzewkiem umiejętności przypominającym plan sieci metra w Tokio, systemem rzemiosła, ulepszaniem pancerza, mikrotransakcjami i „aktywnościami pobocznymi”, które polegają na czyszczeniu mapy z identycznych znaczników.
Zamykasz grę ze zmęczeniem. A potem, zupełnie podświadomie, odpalasz starego Gothica, Baldur’s Gate, Wiedźmina czy Heroes of Might and Magic. I nagle wszystko klika. Dlaczego tak się dzieje? Czy to tylko ślepa nostalgia, czy może dawne gry miały w sobie coś, co współczesna branża bezpowrotnie zagubiła?
Dzisiejsze RPG-i często cierpią na przerost formy nad treścią. Twórcy prześcigają się w dorzucaniu kolejnych mechanik, wierząc, że „więcej” automatycznie oznacza „lepiej”. W efekcie zamiast przeżywać przygodę, czujemy się jak menedżer średniego szczebla, który musi zarządzać tabelkami w Excelu. Co chwilę musisz sprawdzać, czy twój miecz ma +2% do obrażeń od ognia, czy może lepiej zmienić go na taki, który daje +3% do odporności na trucizny.
Stare gry RPG były pod tym względem cudownie proste. Nie mylić z „łatwe” - bo potrafiły dać w kość - ale ich założenia były klarowne. Byłeś ty, była historia, był miecz (albo zaklęcie) i wielki, nieznany świat.
*Miłość do tej gry urosła do rangi przekazywania jej z pokolenia na pokolenie
Kiedy technologia nie pozwalała na olśnienie gracza grafiką, scenarzyści musieli nadrabiać tekstem, klimatem i wyobraźnią. Dialogi miały wagę, a wybory moralne naprawdę bolały, zamiast być tylko podziałem na „opcję dobrą” i „opcję złą”. Dawna grafika zmuszała nasz mózg do pracy. Piksele i proste wielokąty były tylko szkieletem, na który nasza wyobraźnia nakładała najwspanialsze obrazy. Dziś dostajemy wszystko podane na tacy, przez co światy paradoksalnie wydają się mniej „żywe”. Nie było wielkiej, świecącej strzałki na kompasie pokazującej cel co do centymetra. Trzeba było słuchać postaci niezależnych, czytać dziennik i po prostu... biegać po świecie, chłonąc jego atmosferę.
Dlatego powrót do tych tytułów jest jak powrót do domu. Znamy te zasady, rozumiemy je i dają nam one czystą, nieskażoną przebojowością radość z bycia bohaterem.
Nostalgia to potężne narzędzie. To filtr, który automatycznie odcina złe wspomnienia, zostawiając tylko te najpiękniejsze. Kiedy myślimy o starych RPG-ach, nie myślimy tylko o samej rozgrywce. Myślimy o czasach, kiedy największym zmartwieniem było to, czy rodzice pozwolą poklikać godzinę dłużej przed snem, albo czy kolega z ławki pożyczy drugą płytę CD z instalatorem.
Powrót do tych gier to próba odzyskania tamtego poczucia bezpieczeństwa i beztroski. W świecie, który pędzi jak szalony, gdzie dorośli muszą mierzyć się z rachunkami, pracą i stresem, te kilkanaście pikseli na ekranie staje się bezpieczną przystanią. Nasz „wewnętrzny dzieciak” natychmiast ożywa, gdy słyszy znajomy motyw muzyczny z menu głównego.
*Dożynki w Zachodnim Porcie to jedna z najprzyjemniejszych chwil jakie kiedykolwiek dane mi było przeżyć
Korporacje i wydawcy gier doskonale o tym wiedzą. Zrozumieli, że najłatwiej sprzedać nam to, co już raz pokochaliśmy. Efekt? Żyjemy w erze remake’ów, remasterów i rebootów.
Z jednej strony to wspaniały układ. Nasze ukochane, nieco ząbkowane wspomnienia dostają nowe, lśniące szaty graficzne. Możemy zobaczyć ulubione lokacje w 4K, z technologią ray tracingu i orkiestrową ścieżką dźwiękową. Kiedy widzimy zwiastun odświeżonej wersji gry naszego dzieciństwa, na twarzy momentalnie pojawia się szeroki, nostalgiczny uśmiech. Machina marketingowa trafia prosto w serce.
Z drugiej strony - ten uśmiech bywa cholernie drogi. Za to jedno małe kliknięcie w serce i obietnicę powrotu do czasów młodości, współcześni wydawcy każą sobie płacić jak za pełnoprawne, nowe produkcje AAA. Wyciągamy więc z portfela grube pieniądze, płacąc podatek od nostalgii.
Kupujemy te gry nie dlatego, że są przełomowe technologicznie. Kupujemy je, bo chcemy znowu poczuć to samo, co dwadzieścia lat temu. I choć portfel płacze, to w głębi duszy wiemy, że i tak to zrobimy. Bo chwila, w której ten wewnętrzny dzieciak znowu się uśmiecha, wydaje się po prostu bezcenna.
Czy stare RPG-i były lepsze? Obiektywnie: miały swoje wady, toporne sterowanie i błędy. Subiektywnie: były arcydziełami, bo miały duszę, której często brakuje dzisiejszym, tworzonym od linijki pod algorytmy korporacyjnym produktom.
*Do tej pory pamiętam jak starszy brat podkablował mnie do mamy, za to że gram w tą grę...
Będziemy do nich wracać. Będziemy kupować ich drogie odświeżone wersje. I będziemy narzekać na nowe tytuły. Ponieważ stare RPG-i nie oferowały nam po prostu rozrywki - one oferowały nam prawdziwą, prostą i niezapomnianą przygodę. A z mieczem w dłoni i historią przed sobą, każdy z nas wciąż na chwilę może stać się tym samym dzieciakiem, co kiedyś.
Dlaczego napisałem ten tekst? Bo właśnie odpaliłem Wiedźmina 1 i bawię się świetnie!